Skazany na dożywocie

Jestem skazany. Skazany na dożywocie. Nie znam ani sądu, ani miejsca czy terminu w którym wyrok ten został wydany. Tak samo jest z sygnaturą akt. Nie jestem pewien, czy mogę od wyroku złożyć apelację, nie wiem, czy nie minął już termin… A może – tak jak w znanych mi procesach sądowych apelację złoży prokurator. Lecz kto nim może być? Nie pamiętam też, czy miałem jakiegoś obrońcę. Jeśli tak, to może on by mi coś podpowiedział w tej kwestii. Czuję się taki nieporadny.

Uświadamiam sobie mój brak wpływu na to, co się dzieje. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, z kim mam ten wyrok spędzać. Okropne indywiduum: nieprzyjazne, porywcze, impulsywne, zbyt emocjonalne, antypatyczne, małostkowe. Wiecznie niezadowolone z siebie. Wieczorem, przed snem tworzy mnóstwo planów, z których po nocy pozostają pojedyncze skrawki. Czasem zastanawiam się, jak on to robi. Przecież parę godzin wcześniej tkanina planów miała fantastyczny wzór i deseń, a po nocy pozostają z niej tylko pojedyncze nitki, strzępki, które niczego nie przypominają oraz do niczego nie pasują. Rano wyglądają jak żagiel po szkwale…

Widzę sfrustrowanego, co dzień, o dzień starszego człowieka. Jego zachowanie, postawa, myślenie wzbudzają mą ogromną niechęć. Poorana zmarszczkami twarz. Odkąd pamiętam, zawsze ją marszczył. Jak wygląda bez nich? Tego nie wiem. Nie dane mi było tego zauważyć. Tylko skąd te zmarszczki? Najprawdopodobniej z jego emocji. Chyba przeżywa tylko: złość, niezadowolenie, żywi do siebie i tego skrawka świata, w którym jest agresję oraz ciągłą frustrację. Jego wiek pozostaje trudny do określenia.

A przecież jest to ktoś, z kim mam spędzić dożywotni wyrok. Tak, bardzo chciałbym, lecz wiem, że jest to niemożliwe: nigdy nie uwolnię się od niego. Czy chcę tego, czy nie – jestem skazany, skazany na życie z nim…

Gdy o nim myślę, ogarnia mnie żal, żałość i współczucie. Każdą mą cząstką czuję, jak bardzo cierpi, męcząc się sam z sobą. Nieraz chciałem mu pomóc. Odmawiał. I ja mam z nim spędzać taki wyrok? Parę lat temu otworzył się przede mną. Chyba była to chwila zapomnienia. Mówił o swych osiągnięciach, umiejętnościach, ważnych doświadczeniach. Raz jeden, jedyny. Wtedy jego twarz wydawała się znacznie młodsza, wyprostował się, był wyższy, wydawał się znacznie potężniejszy. To, co wtedy miało miejsce w kategoriach astrofizycznych można określić jako wybuch supernowej. Jeden raz w cyklu życia gwiazdy…

Ostatnio spytałem go, jak mogłoby wyglądać jego upragnione życie, w którym byłby szczęśliwszy, spełniony. Milczał. Po dłuższej chwili w jego oczach dostrzegłem przez chwilę ogromny smutek, następnie wpadł w szał. I nigdy więcej nie rozmawialiśmy już na ten temat. Może i tak jest lepiej. W sumie, pomyślałem – szkoda gościa. Sam sobie utrudnia życie. I to jak! W perfekcyjny, profesjonalny, systematyczny sposób. A jeszcze ten wyrok, który nas połączył…

Myśli te są mym nieodłącznym towarzyszem. Jedną z najświeższych jest ta: czy jest ktoś, kto zdoła mi powiedzieć, jak mam z nim wytrzymać? Za chwilę nie wiadomo skąd pojawia się odpowiedź: pewnie nie. Czy wiesz, że od wielu lat moja głowa nie zna stanu pustki? Zjawia się kolejne pytanie: jak on wytrzyma ze mną?

Odbywam podróż przez czas, który mi pozostał do końca wyroku. Słyszę bicie serca, w ciele czuję rytm płynącej krwi. Jestem, żyję. W wyroku, obok wyroku, z wyrokiem. Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Ile jeszcze? Do kresu…

– Sokratesie – głos jak wystrzał. Nieruchomieję, oddech zdaje się być wstrzymany. To dziwne doznanie, jakby nagle kończyła się moja podróż. Zamarzają myśli, emocje. Już to kiedyś widziałem. Na jakimś filmie. Rodzaj stop-klatki. Nieuchronna nieruchomość, bezruch. Mogę to wszystko sobie oglądać z dowolnej perspektywy. Ja jako zamrożony strumień myśli, emocji, doznań. Ale i inna część mego ja – jako kamera w ruchu. Unosi się nade mną. Zatrzymuje, u sufitu. Dziwne doznania: z jednej strony zatrzymanie, a z drugiej – ten obraz – całość pomieszczenia, w którym jestem, widzę siebie. Tylko i aż.

– Sokratesie, kochanie…

Ten głos. Skądś go znam. Świadomość chwili wyłania się z tumanu kurzu jak krajobraz po wyburzeniu dwudziestopiętrowego wieżowca. To Ksantypa, moja żona…

– Ile można pisać, może na dziś wystarczy. Już podałam obiad. Stygnie. Chodź tu moje kochanie. Szybciutko…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *