Krnąbrny paź

Dawno dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma rzekami, a może za siedmioma rondami, albo za siódmym zjazdem z autostrady numer jakiś tam było sobie pewne, swoiste państewko.

Dziwne to zaiste było królestwo. Lud odwiecznie doświadczał wpływów przesuwających się nad jego głowami frontów atmosferycznych. A fronty te od wieków mieszały nie tylko w pogodzie. Na ringu nieboskłonu przepychały się niczym dwaj mocarze byty pogodowe. Raz były to wyże ze wschodu – zaciągające gdzieś hen z dalekiej połaci kontynentu suche powietrze: latem ciepłe, a zimą mroźne. Innym razem niże z zachodu: obfite w deszcz, przyciągające hektolitry wody w postaci chmur. A były to twory pogodowe pełne wspomnień z ich pobytu nad obszarami wód oceanicznych.
Poddani tego królestwa od stuleci przywykli do takich zmian pogodowych. Lud wiódł los podobny do innych nacji – toczył spory przeradzające się w mniejsze bądź większe wojny wewnętrzne i zewnętrzne. Czasem któryś z władców państwa poprosił sąsiadów o pomoc i wsparcie, aby przesunąć szalę zwycięstwa na swą stronę. Po takim obrocie sprawy do skarbca wpadały jakieś ekstra daniny, kontrybucje. Przegrane zaś powodowały, że skarbiec działał odwrotnie – tracił co miał w sobie najcenniejszego…

Kiedyś w królestwie pojawił się wódz, który jako motto swego rządzenia wybrał sobie jedną z maksym prawno-historycznych: „dziel i rządź”. A ponieważ był to człowiek waleczny i wielce próżny, uzupełnił rodowy herb umieszczając w nim jeszcze jedno motto: „walcz ze wszystkimi”. Pod tym herbem zgromadził wokół siebie niczym dawni wojowie bardzo oddaną drużynę – swoiste pospolite ruszenie.

Wódz miał wizję, do której dążył: pełną odnowę moralną ludu swego poddanego. Chciał ukształtować podległych mu obywateli na obraz i podobieństwo swoich niespełnionych, niepowtarzalnych, jedynych i swoistych, wysublimowanych, wyśnionych wieloletnim oczekiwaniem (na przejęcie władzy) wyobrażeń. Zmiany te dotyczyć miały: nadawania znaczenia, wyciągania wniosków, postaw, zachowań i słusznych wyborów. Nie był w tym sam. Miał do tego swą wierną drużynę, później kompanię, pułk, armię.
Wódz przez niektórych znany był jako wytrawny psuja – już za młodu ukradł księżyc, zburzył jakże stabilny porządek Układu Słonecznego. Naprawa tego bałaganu trwała kilka dekad. Takim był szczwanym lisem.

Jak niesie wieść gminna, podobno za czasów młodości uwielbiał roszady, krzyżówki oraz słowne anagramy i inne tego typu gry słowne. Z jednym wyjątkiem: nie lubił jolek…

Wraz z upływem lat nie porzucił swych pasji. Wręcz przeciwnie – rozwijał i poszerzał je doprowadzając do perfekcji. A gdy w wieku mocno dojrzałym osiągnąwszy sukces polityczny zaczął piastować najwyższy urząd – ta wyuczona i opanowana do perfekcji umiejętność stała się jego orężem.

Przez wielu opisywany był jako człowiek, który wyjątkowo upodobał sobie stan pogody nazywany mgłą poznawczą. Jak wspominają, gdzie tylko pojawił się otoczony przez nieodłącznych wojów oraz lokalnych watażków wytwarzał aurę zakrzywiania rzeczywistości – swoistego przekazu rzeczywistości. Początkowo czynił to poprzez swą retorykę. Pomimo tak roztaczanej aury jej zasięg był zbyt mały. Ograniczony był niestety do garstki słuchających wodza kmieci. Wódz potrzebował nowych narzędzi. Czemu? We mgle nie widać dokładnych kształtów, celów, kierunków, ani otaczającej przestrzeni. Coraz mniej wyraźnych kształtów pojawia się w zasięgu wzroku.

W którymś momencie wódz podjął decyzję, aby jego przyboczna gwardia poruszała się po królestwie z ogromnymi generatorami… mgły. Wzmocnił dzięki temu swe oddziaływanie: z jednej strony zakrzywianie rzeczywistości, a z drugiej – niejasność. I nawet, gdy przez nieuwagę przez chwilę na błękitnym niebie pojawiało się słońce, to gdy pojawiał się wódz, natychmiast miły dotychczas krajobraz zmieniał się na ponury, szary, odpychający. Coś, co wcześniej było widoczne, oświetlone, przestrzenne – stawało się wyblakłe, mdłe, niewyraźne oraz płaskie. I niezależnie od pory roku, każdy centymetr sześcienny powietrza wokół wodza w promieniu gdzieś hen stąd po niewidoczną linię horyzontu wypełniała wilgoć, która przez wielu odbierana była jako coś powlekającego, ograniczającego. Potęgowała uczucie przejmującego do szpiku kości chłodu. Im dłużej wódz rządził, tym więcej generatorów mgły uruchamiano.

Jego opowieści sprawiały, że poddani uwierzyli w permanentny stan niebezpieczeństwa. Bo za chwilę mogło się wydarzyć coś strasznego! Z mgły wszakże mogą wyłonić się upiory, strzygi, wampiry, rebelianci, obcy – czyli wrogowie, którzy przejmą kontrolę nad umysłami, emocjami i ciałami ludu poddanego.
Nic takiego wprawdzie nigdy nie wydarzyło się, co nie przeszkadzało sieci heroldów królewskich uszczęśliwiać słuchaczy takimi wiadomościami przekazywanymi jak swoista mantra…
Sam wódz kontynuował budowę nowej formy funkcjonalnej kraju: walczył, a w walce tej skłócił cyrulików z masarzami, drwali z kucharzami. Na kolejnym etapie poróżnił właścicieli powozów z hodowcami koni, a później rolników z kupcami oraz kołodziei ze smolorzami.

Apogeum miało miejsce przy budowie mostu przez największą rzekę kraju – Miesięcznicę. Wódz skłócił tak skutecznie budowniczych mostu po obu stronach rzeki, że… powstały dwa mosty obok siebie. Każdy z nich wybudowała inna ekipa. Kłótnie oraz spory słychać było niemal w każdym miejscu kraju.
Podróżnicy, zagraniczni kupcy stwierdzali po powrocie do swych krajów, że mgła stawała się elementem wyróżniającym królestwo. Osaczała ona ludzi, izolując ich od siebie. Powoli zmieniała sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości. Po jakimś czasie ludzie zaczęli zapominać o słońcu, chmurach, porach roku. Stawali się apatyczni, wycofani, milczący, a nawet nie mieli siły kłócić się ze sobą…
Mgła służyła do pokazania wielkości wodza. Jego geniusz przecież na wskroś ją przenikał. A i heroldowie bez końca mówili o nim, jak o władcy, który wie jak się poruszać: w którym kierunku podążać, co robić, jak ominąć przeciwności i niewątpliwe niebezpieczeństwa, które sam powoływał do życia, rozwijał, pomnażał. W tej mgle stawał się wizjonerem rozwoju, drogowskazem dla poddanych.

Miał też wódz jeszcze jedną niesamowitą cechą. Była związana z jego zamiłowaniem do form językowych. Jako wódz stał ponad językiem. Potomni kronikarze opisali to treściwie: „językiem walczył z językiem, a czynił to za pomocą własnego języka”.
Jak to robił? W niezwykle wyrafinowany, niektórzy powiedzieliby perfidny i specyficzny sposób: wybierał z języka dawno znane i rozumiane przez lud sformułowania i… nadawał im nowe znaczenia. I tak: prawem określał stanowione bezprawie, dialogiem nazywał krzyk swojego aroganckiego monologu, uczciwość zaś była określeniem, które legalizowało stanowione przez niego prawo.

Tryby tej upiornej machiny kręciły się coraz szybciej i szybciej. Tak tworzył się nowy lepszy świat, w którym dorastał system pseudo-pojęciowy. Nie był on rozumiany nawet przez najtęższe umysły epoki. Na to znalazło się wytłumaczenie: jeden z przybocznych wojów wodza mówił o tym, że potrzeba ludowi nowej, prawdziwie dobrej edukacji i to od podstaw. Bo jeśli lud nie rozumie tego, co mówi wódz i jakie wspaniałe decyzje podejmuje, to potrzeba głębokiej orki edukacyjnej…
Kronikarze wspominali, że mówił wódz tak: „nikt mi nie powie, iż czarne jest czarne, a białe jest białe”. Według elit i samego wodza niezrozumienie jego słów oznaczać mogło tylko jedno: totalny analfabetyzm i brak poprawnego wyciągania wniosków przez lud! Bo gdy się tego nie rozumie, to lud nadaje się tylko do reedukacyjnej, resocjalizacyjnej poprawki, na którą należy skierować go i to jak najszybciej! A tak zdiagnozowany stan wymaga natychmiastowych działań naprawczych! I czyniono to. Wymieniono przekaz historyczny, wykasowawszy z niego niewygodnych przodków. Do historii wprowadzono tych, którzy nic nie robiąc stawali się na równi z ojcami założycielami narodu.

To i wiele innych posunięć na wzajemne zrozumienie ludzi miało fatalny wpływ. W języku oraz historii wyrastały chwasty – hybrydy. Te swoiste twory, konstrukty doprowadzały do erozji dotychczasowych znaczeń i społecznej pamięci.

Starzy uczeni, którzy zjedli zęby na języku stwierdzali, że twory te są destrukcyjne dla dotychczasowego systemu komunikowania, wypaczając obraz świata oraz zdolność do nadawania sensu i rozumienia swej tożsamości. Poza umysłami otwartymi, których było niewiele, prawie nikt ich nie słuchał. Mgła robiła swoje. Czemu to wszystko służyło? Wprowadzeniu nowego ładu: zawłaszczeniu dusz, ciał, umysłów. Bo tylko taki stan umożliwiał wodzowi wprowadzanie porządku, który urodził się w jego głowie. Narzędziem, które to umożliwiało była mgła. Sam wódz (i tylko on) wiedział kto i gdzie znajduje się w pajęczynie mgły; pozostali nie mieli tej wiedzy.
Nieostrożni i nieprzewidujący uzurpatorzy byli upokarzani, eliminowani. Wódz im tego nigdy nie zapominał.
Heroldowie głosili wszem i wobec jakie szczęście spotyka lud. Na przekór tylu wspaniałym wiadomościom wielu przedstawicieli społeczności miało nadzieję, że któregoś dnia mgła zniknie. Nic takiego się jednak nie stało. Mgła stawała się codziennością. Coraz mniej osób pamiętało, jak wygląda błękit nieba, chmury, zachody słońca. Zdawało się, że nie znajdzie się nikt, komu będzie dane wydostać się poza mgłę. Kolejne protesty były skutecznie ośmieszane i pacyfikowane.

Wódz działał. Sposobem na protesty był dekret nakazujący wytwarzać jeszcze więcej mgły. Lud w coraz większym stopniu tracił orientację, przestawał odnajdywać się w otaczającej i jakże mglistej rzeczywistości.

Pewnego razu w siedzibie wodza miała miejsce tygodniowa impreza z okazji jego urodzin. W imprezie uczestniczył także Skarbnik Bardzo Wielki Koronny. Sprawował on pieczę nad skarbcem i zobowiązaniami królestwa. Skarbnik ów zabalował tak mocno, że leczył się jeszcze ponad tydzień po zakończeniu urodzin. Co się stało? Okazało się, że ten wypadek zakłócił jakże spokojny i wydawać by się mogło mglisty rytm królestwa. Otóż rzeczony skarbnik lecząc kaca giganta i chore kiszki spóźnił się z ratą wynajmu za generatory pary. W związku z tym zagraniczny kontrahent za pomocą fal telepatycznych swych pracowników zablokował działanie urządzeń.

I stało się to, czego wódz nie przewidział – mgła nagle zniknęła. Pojawiło się słońce. Lud natychmiast dostrzegł to, co się stało.
Jak podają niezależne źródła historyczne: „a zareagował ów lud tak: stawał się radośniejszy, na twarzach pojawiać się zaczął coraz częściej uśmiech. Powracał dawno niesłyszany gwar ulic, gdzie można było poczuć atmosferę radości, często miały miejsca spotkania bądź festyny. Dawno nieobecne uliczne trupy artystów i komediantów wznowiły występy zabawiając i uszczęśliwiając wielu gromadzących się widzów”.

Jednak nie trwało to długo. Skarbnik wykurowawszy się po imprezie, przekazał posłańcom dostawcy zaległy czynsz za urządzenia. Równie szybko jak pojawiło się słońce, tak i wróciła znienawidzona mgła, a wraz z nią szara wilgotna i chłodna codzienność. Po polach wraz z wiatrem krążyła para iście egzotyczna: smutek i zwątpienie…

I znów zadziałał przypadek. Pewien młody, krnąbrny paź stwierdził, że zna sposób na mgłę.

Sposobem tym było ogólnonarodowe wysyłanie listów protestacyjnych. Listy te miały być adresowane do wszystkich możliwych instytucji: od urzędów lokalnych watażków, wasali, aż do sejmu i urzędu wodza. Przedstawiciele władzy początkowo bagatelizowali tę akcję. Bo cóż to za wygłup: wysyłanie listów… Heroldowie przekazywali odgórnie spreparowaną informację, że akcja ta jest pojedynczym wybrykiem jakiegoś zwariowanego pazia, który poza tą cechą psychiki jest jeszcze niedouczony. Gdy listów przybywało, heroldzi zobowiązani byli do zmiany sposobu informowania: listy stanowiły teraz wyraz bardzo szerokiego poparcia dla rządzących. Bo lud tak popiera rządzących, że wysyła namacalne tego dowody i to w jakże dużej ilości. Narracja ta przekazywana była do momentu, gdy skrzętnie ukrywane listy przestawały się mieścić tam, gdzie je chowano przed ludem. Zaczęły wysypywać się poza pilnowane pomieszczenia. Co gorsza lud mógł je czytać. Okazało się, że nie są to listy poparcia lecz protestu. Gdy heroldzi próbowali cały czas opowiadać bajki – zagotowało się w ludzkich trzewiach wszystko to, co wychłodzone było wieloletnią mgłą. Złość spowodowała, że pisali coraz więcej protestów. Odważali się oprotestować wszystko to, na co do tej pory zgadzali się milcząco. Protesty stały się nową świecką tradycją. Listy były praktycznie wszędzie: zaczęły zawalać ulice wokół urzędów, były w parkach, na skwerach, w górach, lasach i na łąkach. A zezłoszczony lud pisał dalej. Listy pełne niezgody na stan ciągłej mgły – wskazywały jednoznacznie: lud chce czegoś innego – chce słońca! I po czterdziestu i czterech dniach udało się!

Wódz z wielkim trudem przeciskając się wśród stert listów, z których jedna upadając niemal nie doprowadziła do jego uduszenia abdykował! I tak oto dzięki pisaniu milionów listów padła jakże znienawidzona mglista dyktatura.
Jak podają kronikarze jednym z pierwszych posunięć nowego władcy było wypowiedzenie umów dzierżawy generatorów mgły. Podobno ich zagraniczny dostawca sprzedał je bardzo szybko na aukcji. Kupił je pewien watażka ościenny, lecz nieco dalej, skoligacony ideologicznie z byłym abdykowanym władcą. Czyżby chciał skopiować niezatapialną utopijną wizję byłego już wodza?

No właśnie, a co z nim? Co z jego ekipą?

Bez mgły wyznawcy czuli się źle. To już nie było to… Lud widział, wiedział, czuł, decydował wybierał i to sam…

Wszyscy poplecznicy reżimu wybrali wyjazd na wyspę, która leżała w archipelagu Mglistych Absurdów. A wyspa ta nazywała się Nowa Bardzo Dobra Idea.
Jak donoszą dobrze poinformowane źródła dawna ekipa wodza pod jego przewodnictwem pracuje bardzo intensywnie nad nową dobrą ideą: prostowania spiralnego kształtu Naszej Galaktyki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *