W getcie własnych myśli…

Wstajesz przerażony. Serce bije bardzo mocno. Z trudem łapiesz oddech. Cóż to było – pytasz sam siebie, choć całe twe ciało aż zbyt dobrze zna odpowiedź na to pytanie.

Już po, a to był sen. Tylko i aż. I to bardzo zły sen. Bo cóż to za sen, który pyta o takie rzeczy. Sen – ten uśmierzający, regenerujący, staje się koszmarem, burzącym porządek świata. Niepokoi, sugeruje, że coś, co nierealne, odległe, niespełnione, dziwne, inne może było… będzie… Dawno…

Powoli zbierasz porozrzucane po zakamarkach umysłu myśli. Przypominasz sobie co się jeszcze przed chwilą u ciebie działo. Zadziwiasz się. Bo on, ten sen pytał:

– Skąd jesteś? Co tutaj robisz? Jak ci tu? Jak długo tu jesteś? Jak długo chcesz tu być? Jak się tu dostałeś? Kto cię tu sprowadził? Czy są inne miejsca, w których chciałbyś być?

– A teraz – jeśli tylko chcesz – mówi sen, zrób coś innego dla siebie. Coś drobnego, choć także wielkiego i wzniosłego.

Jak zwykle w takich sytuacjach zalewa cię morze wątpliwości. Dopalanie mózgu uruchamia proces tworzenia nieskończonej liczby czarnych scenariuszy, a on dusi się wśród ich krzyku. Znów coś, czemu, ja? Nie chcę – ponad tym wszystkim zdaje się krzyczeć jakaś najgłośniejsza cząstka umysłu.

– O już słyszę co generuje twój mózg: a po co to, co mi to da? – dokańcza przedrzeźniając za niego sen i kontynuuje:

– Zrób to na na przekór – na przekór samemu sobie – podkreśla, kładąc nacisk na słowa „na przekór”.

Twój wewnętrzny sprzeciw na niewiele się zdaje, bo sen, on, dzisiejszy sen mówi dalej, jakby nigdy nic:

– Wyobraź sobie, że wymykasz się po cichu z getta w którym jesteś. Strażnicy zajęci są swoimi sprawami lub przysypiają. A ty się wymykasz. Odzyskujesz wolność, w którą się przenosisz. Gdzie jesteś? Co widzisz dookoła? Jak ci się oddycha? Jakie myśli przebiegają po nieboskłonie twego umysłu? Jak się czujesz? Jak to miejsce i ten czas na ciebie wpływają?

Masz pamięć, a pamięć wie, że tam, poza gettem jest inaczej. Malutkie skrawki wspomnień pojawiają się w głowie jak dostarczone przesyłką ekspresową z odległych magazynów pamięci. Te wspomnienia zdają się mówić: wtedy było inaczej, przyjaźniej. I nagle coś dziwnego czuje w okolicy serca. Czujesz, że on zniknął. On – czyli ten okropny, stały, twardy codzienny dusioł, gniotący klatkę piersiową. W zamian pojawia się coś, czego tak dawno nie czułeś: swoboda, lekkość, radość. Masz wrażenie, że lekkość ciała, której doświadczasz spowoduje, że za chwilę uniesiesz się się gdzieś wysoko, zupełnie jak w dziecięcej bajce. Nagle nie wiadomo czemu – zaczynasz płakać. Nie możesz się powstrzymać. Te łzy, są inne niż ostatnio. Bo są to łzy szczęścia. Świat dookoła i wspomnienia zamazują się. I wyglądają teraz jak wielkie obrazy impresjonistów. A ty z przerażeniem, niepokojem, wstydem – rękawem pidżamy ocierasz mokre od łez oczy.

– A teraz, gdy już doświadczyłeś innego – wracaj – mówi sen. Wracaj tam, gdzie idąc w swej codzienności chodzisz ze spuszczoną głową. Znajdź się tam, gdzie myślisz tylko o tym, co złego może cię spotkać, czego nie umiesz, nie wiesz, z czym sobie nie poradziłeś i nie poradzisz. Wracaj tam, gdzie wiesz, jak jesteś kiepski, tam, gdzie wzrok unika innych – bo boisz się, że dowiedzą się o tym, jaki naprawdę beznadziejny jesteś. To tam znajdują się znane ci ciemne, śmierdzące i mrocznych uliczki twego getta. Są one pełne prześmiewczych docinek, które dobiegają z każdego okna, bramy gdy przechodzisz koło nich. Wracaj tam, gdzie przesuwasz się wtapiając w ściany odrapanych, brudnych domów. Idziesz przecież zazwyczaj specjalnie tak blisko, by stawać się ich zewnętrzną częścią, by zniknąć. Dotykasz, mimo, że tynk drapie, szarpie, drze twe ubranie niszcząc je. A ty? Ścierasz sobie skórę, cierpiąc krwawisz. Jeszcze mocniej wtulasz się w tę chropowatość. Czemu? Bo wiesz, że tak już jest i być musi. Bo życie, twe życie musi boleć, a ty musisz cierpieć. O tym wiesz i to znasz. To jest twój świat.

Zapada cisza. W ciszy słychać pojedyncze chichoty, które z każdą chwilą narastają, by przerodzić się w ryk…

– Wracaj tam – kontynuował sen, gdzie schodzisz z drogi cieniom postaci które krążą wokół jak sępy. A ty nie wiesz gdzie i jak się schronić przed tym cieniem. Bo sam ich cień wystarcza, byś uciekał.

I jakby tego było mało przypomina o tym przywołując postacie, przed których cieniem uciekasz:

– A oto one – mówi sen niczym najważniejszy aktor na scenie wypełnionego po brzegi amfiteatru przedstawiając głównych bohaterów: Lęk, Strach, Niepokój, Obawa, Smutek, Frustracja, Przerażenie, Wątpliwość wraz ze swym licznym rodzeństwem, które przywołuje. Scena wypełnia się. To rodzeństwo jest gorsze od szarańczy. Jest ich tak dużo, że nie mieszczą się na scenie. Jeszcze wchodzą, a te wcześniejsze spadają z niej, przechodząc między rzędy widzów, dochodzą do ciebie i oblepiają jak czarna maź. Nic już nie widzisz. To co możesz zrobić, by przetrwać to krzyczeć…

– Nieeeeeeeeeee – wyrywa się z twego gardła krzyk. Ten głos to już nie sen. To jawa. Po czym wstajesz przerażony. Serce bije bardzo mocno. Z trudem łapiesz oddech. Patrzysz przez okno. A tam szary świt zwiastuje kolejny dzień…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *